tadiem blog

Twój nowy blog

Szukam nowego miejsca na bloga. Raz że chcę te moje rozmaite wypociny oddzielić od tego co było tu w przeszłości, a dwa, że obecny „szałowy” wordpress nie daje możliwości ingerencji w wygląd. A przecież dobrze mi było ze starym wyglądem. Bez reklam. I całej reszty chłamu. Szukam więc nowego miejsca…

Koszula oblepiła mu ciało. Był mokry i zmarznięty. Mgła, przez którą nie widział nic obłapiała go lepkimi, zimnymi mackami. Przed nim była mleczna ciemność. Za nim horyzont jaśniał łuną ognia. Stare magazyny płonęły, z rzadka już grzmiąc wybuchami.
Łzy ciekły mu po policzkach, pięści miał zaciśnięte. Szedł nierównym, marszowym krokiem, cały czas walcząc z ciałem które go nie chciało słuchać. Czar nakazu działał mocno. Szedł w ciemność za plecami zostawiając żółto czerwone światła we mgle.
Muszę tam wrócić. Oni płoną – myślał.
Walczył z całych sił ze swoimi nogami które wciąż maszerowały.
Muszę…
Potknął się o wystający korzeń. Upadł na kolano. Czar jakby zelżał. Klęknął w błocie, zacisnął zęby i spróbował odwrócić głowę. Oczy nabiegły mu krwią, szkliwo na zębach zatrzeszczało. Gdzieś w odległej głębi źrenic zapalił się ognik. Spojrzał na odległy pożar. Upadł na bok. Wydawało się, że czar puścił, jednak Wiktor nie mógł się ruszyć. Zaciskał zęby, patrzył w stronę zamglonych kształtów które były jeszcze do niedawna magazynami. Zapłakał.

Spróbował się podnieść. Czuł, że wyrwał się z objęć uroku, jednak czar wciąż odgradzał go niewidzialnym murem od płonących budynków. Odwrócił się od światła. Zaczął powoli iść w noc.

Mercedes stał przy drodze. Pierwsza zobaczyła go Sofia. Zerwała się z maski i pobiegła w jego stronę. Wiktor wyczerpany padł w jej ramiona. Sofia zarzuciła mu grubą, puchową kurtkę na ramiona i przytuliła. Spojrzała w stronę Gabriela. Wydawało się, że patrzy ponad nimi na odległy pożar, jednak delikatnie skinął głową. Sofia pomogła Wiktorowi wsiąść do auta.
Siadła przy nim na tylnym siedzeniu. Amir włączył silnik. Gabriel wsiadł.
Samochód powoli nawracał. Wiktor patrzył beznamiętnie w dal, z czołem przyklejonym do szyby. Twarz miał brudną od błota i krwi.
Gdy ruszyli polną drogą w ciemność Wiktorowi zdawało się, że tam, pod drzewem ktoś odpalił papierosa. Mignął mu błysk żaru.

Pan Otis, z osmoloną twarzą, w podartym wełnianym garniturze, zbryzgany krwią i błotem, zaciągnął się mocno.
Potem skreślił w powietrzu kilka szybkich znaków i wstąpił w nicość.

- Najbardziej nie lubię listopada – powiedział nagle ten na którego mówili Poeta. Siedział w piżamie i szlafroku na fotelu przed zgaszonym telewizorem. Wiktor spojrzał na niego.
Poeta siedział patrząc prosto na niego. Wiktor miał wrażenie, że chce go przewiercić wzrokiem.
- Listopad jest najgorszy. Myślisz, że dlaczego na początku listopada jest święto zmarłych?
- Nie wiem – odparł Wiktor i odwrócił głowę. Wszyscy dookoła byli szaleni. To pewne. W końcu siedział w szpitalu dla obłąkanych.
- Ludzie kiedyś potrafili je dostrzec.
- Dostrzec? Co? – ciarki przeszły mu po grzbiecie. W tym facecie było coś niepokojącego. Może to, że mówił składnie, nie ślinił się i nie próbował rysować po ścianie własnymi ekskrementami?
- Znasz to uczucie gdy idziesz ciemną ulicą i czujesz, że ktoś za tobą idzie? Odwracasz się a na ścieżce nie ma nikogo? Lub gdy latarnia gaśnie dokładnie wtedy gdy pod nią przechodzisz? Mózg potrafi wyprzeć wszystko. I stworzyć wszystko. Widziałem je…
- Co widziałeś – Wiktor spojrzał na wychudłą twarz i dwoje płonących gorączką oczu.
- Te stworzenia. Trolle. Duchy. Ogniki. Skrzaty. Te których nikt nie widzi. Te na które twój kot czy pies prycha lub szczeka. Te na które zwierzęta się patrzą, a tobie się wydaje, że spoglądają w pusty kąt.
Te które powodują, że mimo braku wiatru kręcą się liście na ulicach…
Te które szepczą w liściach…
Te które brzęczą…
W listopadzie brzęczą najgłośniej. Gdy pada deszcz siadają na słupach wysokiego napięcia i brzęczą razem z wyładowaniami.
Chcą do ludzi, cisną się do okien, wabi je światło.
Widziałem je. Widzę je wszystkie.
Wiktor odwrócił krzesło w jego stronę.
- Jesteś szalony wiesz?
- Nie! To ty jesteś szalony. Ja tu jestem, żeby się przed nimi ukryć. Ty wiesz o czym mówię. – zniżył głos – Też je widzisz.
Czasem na niebie, czasem na ziemi. Czasem małe a czasem ogromne. Widzisz je! Nie wyprzesz się. Widzę to w twojej twarzy.
Wiktor patrzył na Poetę. Poeta na Wiktora.
I wtedy budynkiem wstrząsnął wybuch.
Pielęgniarki wpadły na świetlicę, zawył alarm przeciwpożarowy.
- Spokojnie! Bez paniki! – krzyczała gruba przełożona, machając rękami. Wyglądało, że eksplozją nie przejął się nikt, poza dwoma pacjentami z których jeden zaczął skakać i panicznie się śmiać, drugi krzyczał przeraźliwie coś niezrozumiałego. Reszta trwała przy swoich zajęciach. Wbiegło dwóch sanitariuszy, zaczęło się szarpać z tym który się śmiał.
Drugi wył wniebogłosy.
Zagłuszył go drugi wybuch który rzucił wszystkich na podłogę.
Wiktor przetarł oczy, spojrzał w stronę czegoś co niedawno było ścianą. Nawet wszechogarniający pył nie był w stanie ukryć, że ściana ma w sobie ogromną dziurę. Zza ściany słychać było głosy
- Do abordażu!
- Zamknij się kretynie, po cholerę tyle tego C-4? Chciałeś nam to na głowy zwalić?
- Naprzód! Rakakakaka!
Przez dziurę wskoczył Azazel trzymając w rękach czarny karabin Heckler&Koch. Za nim, uważając, żeby nie ubrudzić spodni wszedł Pan Otis. Na końcu mocno się pochylając wbiegł Sasza.
Wiktor parsknął śmiechem. Sasza miał pruski hełm na głowie, gogle motocyklowe, twarz przewiązaną arafatką. Do tego trzymał w ręku zakrzywioną szablę którą kręcił młynki i wrzeszczał ile sił w płucach
- Na pohybel skurwysynom! Job twoju mać! Rakakakaka
Pan Otis wzniósł oczy ku niebu. Potem rozejrzał się, zobaczył Wiktora i podbiegł do niego. Złapał go za ramiona i zaczął podnosić z ziemi.
- Wiktor! Dobrze, że jesteś. Zbieraj się, nie leż tak. Zaraz pewnie będzie tu tona policji a mieliśmy, cholera, unikać rozgłosu.
- Bombowe wejście… Jak mnie znaleźliście?
- Normalka – odparł Sasza odsłaniając zarośniętą twarz – przy nas w końcu zawsze trafia się do wariatkowa. Czyż nie tak było w Moskwie w trzydziestym trzecim?

Otworzył oczy…
Nie widział nic poza kłebami białego dymu unoszącego się znad maski. Czuł pulsowanie w skroniach. Jego wzrok przykuł biały fragment sflaczałej poduszki powietrznej. Fragment, bo cały materiał był czarny. 
Od krwi. 
Oszołomiony spojrzał w lewo i zobaczył ją.
Miała nienaturalnie wykręcony kark i szeroko otwarte, zeszklone, nieobecne oczy. Wpatrywał się w nie nic nie rozumiejąc. 
Spróbował odpiąć pas. 
Lewa ręka nie reagowała na bodźce z mózgu. Namacał przycisk i zluzował go prawą, panicznie rozglądając się dookoła. Otworzył drzwi i wypadł na asfalt uderzając twarzą w kałużę. Lewa ręka była ewidentnie złamana powyżej łokcia. Dysząc ciężko spróbował się podnieść, ale upadł od razu na kolana. Odwrócił się i usiadł szeroko rozrzucając nogi. 
Nie mógł zebrać myśli, czuł jedynie szalejące tętno w głowie. Prawą ręką przyciągnął lewą do tułowia i położył przedramię na udach. 
Nie czuł bólu. Serce pompowało adrenalinę…
Chciał zapalić. Drżącymi palcami wyłuskał papierosa z miękkiej folii. Wetknął go do ust. Zwiesił głowę.
Usłyszał szamotaninę dobiegającą z samochodu. Spróbował podnieść głowę. Sofia mimo złamanego karku mrugała. Zobaczył jej drobne dłonie, całe we krwi, jak najpierw panicznie tłuką w kierownicę i deskę rozdzielczą. 
Potem skierowały się do głowy i z ohydnym chrupnięciem nastawiły ją w prawidłowym kierunku.
Pulsowanie w skroniach wzmogło się. Na przemian było mu zimno i gorąco…
Widział jak ciało Sofii próbuje wydostać się z wraku.
Głowa opadła mu na klatkę piersiową.
Otworzył oczy…
Sofia klęczała przy nim obmacując jego ciało. Jego? A może nie jego? Nie czuł nic poza tętnieniem skroni. Jakby to ciało nie było jego, a on leżał kilka centymetrów obok… 
- Złamana ręka i obojczyk – usłyszał. Spojrzał na nią nieprzytomnymi oczami. Miała potargane włosy, zaschniętą krew na uchu i policzku. Od białej bluzki oderwane były fragmenty, a biel upstrzona brązowymi plamami krwi. Mimo to wyglądała pięknie.
Jak anioł – pomyślał. Skarcił się od razu – przecież jest aniołem.
Sofia zamknęła oczy trzymając jedną rękę na jego złamanym ramieniu, drugą na klatce piersiowej.
Zaczął odpływać, gdy poczuł nagle ukłucie zimna.
W piersi jakby rosła mu kula lodu. Chciał krzyknąć ale jego płuca odmówiły posłuszeństwa. 
- Spokojnie. Zaraz będzie Ci lepiej – szepnęła Sofia. Jego ręka zamieniła się w sopel. A przynajmniej tak mu się wydawało. Potworny ból szarpnął jego ciałem. 
- Jeszcze tylko chwileczkę – szeptała nad nim. Złapał ją za strzępy bluzki. Przyciągnął do siebie. 
- Boli… Tak bardzo boli…
- Jeszcze chwilka – spojrzała mu w oczy. Wówczas ból stał się nie do zniesienia. Ujrzał ciemność ukrytą pod powiekami. I nagle wszystko zniknęło…
Otworzył oczy…
Wciąż trzymał ją za bluzkę, Pochylała twarz nad jego twarzą. Patrzyła ze strachem w jego oczy, szukając oznak szaleństwa.
Poruszył lewą ręką. Zajrzał w bezdenną czeluść jej oczu. 
I wpił się ustami w jej usta.
Świat rozpadł się na tysiąc mroźnych odłamków…
Diabeł stanął naprzeciw anioła i długo mierzyli się wzrokiem.
Otis uśmiechnął się szczerząc swoje nienaturalnie długie kły. Zmrużył oczy. 
Gabriel stał nieruchomo. Twarz jego wydawała się martwa, z oczu biło puste zimno.
- I co masz zamiar z tym zrobić? – spytał.
- To! – Otis otworzył szeroko oczy, zapaliły się zielonym płomieniem. Z zaciśniętych zębów sypnęły się iskry. Natarł na anioła i uderzył go pięścią w splot słoneczny.
Ten cofnął się o krok i zaśmiał, choć wyraz jego twarzy się wcale nie zmienił.
- To wszystko na co cię stać? Widać, że stary słabo pompuje w ciebie energię.
Ściągnął brwi i błyskawicznym ciosem trafił pięścią w szczękę Otisa. Ten cios powalił go na kolana. Zamknął oczy. Wypluł krew. Gabriel zbliżał się ku niemu z zaciśniętymi dłońmi. Gdy stanął na Otisem, ten skoczył jak sprężyna. Palce w jego dłoniach zmieniły się w szpony. Gabriel tego nie oczekiwał. Zatoczył się do tyłu gdy pazury przeorały mu twarz, uszkadzając gałki oczne. Zawył, złapał się rękami za twarz.
Otis nie czekał, skupił całą swą wolę i uderzył znowu. Wyprowadzał cios za ciosem, aż anioł klęknął. Wtedy z całą siłą kopnął go obcasem w twarz. Gabriel leżąc w kałuży krwi nie ruszał się. 
- Pamiętaj przyjacielu, że choć za tobą stoją większe siły, za mną stoją całe wieki doświadczeń – Otis otarł twarz brudząc rękaw błękitnej koszuli krwią. Obmacał językiem zęby i splunął na nieruchome ciało anioła.
- Pozbierajcie go – rzucił do oszołomionej Sofii i Amira – potrzebny mu będzie długi odpoczynek…
Odwrócił się, wyjął papierosa. Tym razem nie wywoływał płomienia. Spojrzał na końcówkę, aż tytoń rozżarzył się biało.
Wyszedł z przejścia podziemnego na słońce. Spojrzał na Wawel, później na swoich towarzyszy. 
- Choćmy się napić… 

Zuzia

1 komentarz

Zuzia zasnęła wtulona w misia. Sen długo nie nadchodził, w końcu ogarnął ją, gdy matka gładziła ją po głowie…

***
   Nie wiedziała co ją obudziło. W pokoju było cicho. Świeca już dawno zgasła. Za oknem księżyc świecił odległym zimnym blaskiem.
Czuła czyjąś obecność. 
Wzrok powoli przyzwyczajał się do ciemności. W końcu zobaczyła dwie skulone postaci, kucające na pierzynie w nogach łóżka. Nie były większe od misia którego kurczowo tuliła do siebie. Ich oczy paliły się w ciemności zimną, srebrzystą barwą. A może to tylko odbicie księżyca? 
- Widzi nas – usłyszała zły, metaliczny głos.
- Mówiłek ci panie. Wcorej psyłapała Jontka jak psikoł do mleka. – odszepnął drugi służalczym tonem.
- Nie śpisz panienko – oczy błysnęły w ciemności – Wiemy, że nie śpisz i, że nas widzisz. 
Jedna z postaci wstała i zaczęła powoli iść w stronę jej głowy. Poczuła ucisk na piersi gdy stanęła nad nią.
- Światło! – warknął głos.
- Jużci panie krzesam, jużci… – Drugi głos nerwowo rozbrzmiał po jej lewej stronie.
Usłyszała trzask zapałki, i ciemność rozjarzyła się ciepłym światłem świecy.
Zobaczyła, stare oblicze otoczone wiankiem siwych włosów, z potężną brodą zatkniętą za pas ze srebną klamrą. W przeciwieństwie do Jontka którego przyłapała wczoraj na sikaniu do mleka, ten był czysty. I roztaczał aurę wyniosłości. Nosił czarną skórzaną kamizelkę, błyszczące wysokie buty i szerokie lniane sponie.
- Jeszcze nie zdecydowaliśmy co z tobą zrobić. To, że nas widzisz jest dość nietypowe. Nie zdarzyło się ani za czasów mego ojca ani dziada…
- Ja… – zaczęła Zuzia.
- Milcz! – warknął krasnal. – Nie zdecydowaliśmy czy fakt ten jest zły czy bardzo zły. Ale najdalej jutro odbędzie się narada w twojej sprawie. 
Tymczasem… – oczy błysnęły mu złowieszczo – masz trzymać gębę na kłódkę. Bo coś złego przytrafi się twojej mamusi. Lub tatusiowi. Rozumiesz?
Zuzia przerażona pokiwała głową. Oczy szkliły jej się od łez.
- Panie, panie… Cosik słyszałem… Chyba cuś jest pod drzwiami…
Zuzia zaryzykowała spojrzenie. Ten krasnal nie wyglądał już tak czysto. Miał dziurawe portki, łapcie z łyka, brudną kamizelkę i szaroburą brodę splątaną w strąki. Rozglądał się przerażony.
Wtem lekko uchylone drzwi zaskrzypiały i do pokoju wpadł biały kłąb czystej furii. Futrzana kula pełna wściekłości i pazurów. Jej domowy kot.
- Ojojoj! – zakrzyknął niechlujny krasnolud i rzucił się pod łóżko jak pstrąg. Kot skoczył na pierś Zuzi celując pazurami prosto w wyniosłego. Chybił o milimetry. Skrzat zwinnie zeskoczył z łóżka, potknął się o kapeć i wyłożył jak długi.
Kot skoczył mu prosto na plecy z przeraźliwym wrzaskiem. Atakowany też wrzasnął gdy pazury przebiły skórzaną kamizelkę.
Wtedy spod łóżka wyskoczył ten drugi. Szarpnął kota za ogon by odwrócić uwagę. Zwierzak zwinął się jak błyskawica, ale ten już uskoczył pod ramę łóżka. Wyniosły zdołał się pozbierać i wpełznąć za swym sługą. Kot fuknął, prychnął, obejrzał się na szczelinę i wskoczył na pierzynę. 
Podszedł do przerażonej dziewczynki, zamruczał i otarł się o jej twarz.
- Dziękuję kotku – drżącym głosem powiedziała Zuzia.
- Tak, tak… Śpij już człowieku – mruknął kot. Okręcił się za ogonem, położył i zasnął.
Zszokowana Zuzia już do świtania nie zmrużyła oka. Lecz nie odważyła się obudzić kota dającego jej poczucie bezpieczeństwa.

Śnieg

Brak komentarzy

Ośmioletnia Zuzia leżała już w swoim łóżku. Za oknem szalała zadymka śnieżna. Białe płatki wirowały jak oszalałe, a wiatr wył potępieńczo wśród szczelin dachu. Noc była ciemna.

Zuzia leżała i przysłuchiwała się odgłosom nocy. Była bezpieczna w domu, pod ciepłą pierzyną. Opatulona po same uszy. Słyszała trzask polan trawionych ogniem w kuchennym piecu, matkę krzątającą się wśród garnków. Powoli zasypiała.

***
Obudziły ją szepty i skrzypnięcia podłogi. Spod drzwi nie sączył się już blask ognia. Było ciemno. Słyszała dwa lub trzy głosy szepczące z poziomu podłogi. Strach wpełzł jej na kręgosłup, począł podnosić włosy na karku. Leżała nieruchomo. 
Gdzieś za oknem, w oddali coś zawyło potępieńczo. 
Szepty przemieszczały się przez jej pokój. 
Nagle usłyszała chrobotanie z góry. Przytłumione, jakby coś dużego chodziło po dachu, drapiąc pazurami po dachówkach.
Coś puknęło w szybę.
Spojrzała. 
Za oknem widać było tańczące białe płatki. I oczy. Zimne, bladobłękitne. Nieludzkie. Usłyszała warkot.
Coś chodziło dookoła domu, ocierając się o bale. Słychać było głuche tąpnięcia kroków.
- Mamoooooooooooo! – wrzasnęła.
- Mamusiuuuuu! -
Szybki tupot stóp, zapalone światło…
- Co się stało córeczko? Zły sen? 
Łamiącym głosem Zuzia opowiedziała mamie co widziała i słyszała. Matka długo ją uspokajała, mówiąc, że to był tylko zły sen. Że potwory, skrzaty, wilkołaki nie istnieją. 
Że to tylko sen.
Wytwór wyobraźni.
Że jest bezpieczna. 
Zuzia w końcu zasnęła wtulona w matczyną rękę.

***
Rano obudziła się wyspana, noc nie zostawiła na niej swego piętna. Wstała radosna jak skowronek, pobiegła do kuchni. 
- Tata wydoił krowę, pobiegnij i nabierz z wiadra garnek mleka – poprosiła uśmiechnięta mama.
Zuzia złapała garnek i wybiegła na ganek…
- Na co się gapisz – łypnął na nią złym okiem krasnal stojący na zydlu i sikający do wiadra z mlekiem – praca jak praca…
   Szedł…
Otworzył oczy. Od razu osłonił je dłonią. Gorący wiatr wwiewał mu piasek pod powieki. Źrenice wypalał mu słoneczny blask. 
Piasek dotkliwie ranił mu stopy. 
        
            Szedł…
Otworzył oczy. Nadal wiatr wwiewał mu do oczu drobiny. Tym razem był to lodowato zimny wiatr, zaś drobiny okazały się kryształkami lodu. Stopy bolały coraz bardziej. Objał ramionami klatkę piersiową. 
                     Szedł…
Otworzył oczy. Poczuł na twarzy ciepły deszcz. Stąpał po miękkich wrzosowiskach. Stopy miękko zatapiały się w torf. 
                              Szedł…
Otworzył oczy. Twarz pieściły promienie wiosennego słońca. Uśmiechnął się i zatrzymał. Zamknął oczy i wzniósł twarz ku niebu.
            
                                        Stał…
Otworzył oczy. Biel pomieszczenia bolała tępym bólem. Gruba kobieta w białym kitlu wstrzykiwała mu coś w żyłę widoczną na naprężonym przedramieniu. Chciał się wyrwać, nie mógł. Skórzane pasy wpiły się w skórę.
                         
                                                  Leżał…
Otworzył oczy. Chłodna bryza poruszała zasłoną okna. Do pokoju wdzierał się zimny blask księżyca. 
Spojrzał w noc, a diabeł powiedział: – Zatańczmy.
                                                           
                                                             Wstał…
Przestąpił ramę okna…
Szła przez las, wydawało się tysiąc mil od domu… Miliony drzew przytłaczały ją swoją pustką. Tak wiele istnień dokoła, a tak samotna. 
Czerwony kaptur na głowie był już potargany gałęziami, tak samo jak rajstopy na jej nogach. Błoto na trzewiczkach zaschło już kompletnie. 
Było zimno, ciemno… W oddali księżyc świecił swym zimnym, martwym obliczem. Koszyk w ręce ciążył nienaturalnym ciężarem.
Zmęczenie dawało się we znaki, wiedziała jednak, że musi iść dalej. Że musi przetrwać tę noc….
Czuła na sobie wzrok… Zimny dreszcz przebiegał jej kręgosłup co minutę. Strach rósł w trzewiach niczym osobna istota.
- Nie bój się, już niedaleko – skłamała sama do siebie.
Wycie wilka odbiło się od wzgórz. Wzdrygnęła się. Nie reagowała już na szelest liści za jej plecami. Wiedziała, że wilk podążał jej śladem. Był częścią opowieści jak ona sama.
Zza chmur trupia twarz księżyca okazała swe oblicze, światło padło na krętą ścieżkę.
Szła…
W oddali zamajaczyło światło. Ciepłe światło okiennicy. I zgasło…
- To tylko zły sen – znów próbowała odgonić od siebie strach…
Doszła do domku. 
Powoli otworzyła drzwi…
Weszła, zamknęła drzwi i odgrodziła się od zła lasu mocnym dębowym drewnem. Odetchnęła.
Czuła zapach świeżo zgaszonego paleniska. Poczuła obecność. Zobaczyła blask oczu.
…Mięśnie wilkołaka zagrały śmiertelną melodię, czuł już zapach świeżego mięsa. Skoczył…
Nie spodziewał się stalowego uścisku ani ostrych zębów zaciskających się na jego ktani…
Otarła krew z twarzy, odepchnęła truchło na podłogę.  Kły zmniejszyły się.
Oczy zmieniły barwę ze stalowoniebieskich na zielone…
- Babciu jesteś? Przyniosłam koszyk ze smakołykami… Krzyknęła
- A mięso samo przyszło – dodała cicho…

Dziś przeprowadzka. Od jutra nowa praca. Nowe miasto. Z jednej strony jak zawsze w takich wypadkach trochę się boję, że coś się stanie, że coś nie wyjdzie, że nie będzie tak różowo jak dotychczas. A z drugiej strony cieszę się jak cholera. Bo będę blisko niej, bo będę zasypiał i budził się czując jej zapach, jej ciepło. 

Żal Krakowa. I ciekawość nowego miasta. Bo przecież Kraków niedaleko, kilkadziesiąt kilometrów. Wciąż jest opcja na zimne piwo w sobotnie południe na rozgrzanej do czerwoności płycie placu Nowego na ukochanym Kazimierzu. A na coś nowego nie było opcji od zeszłego roku przecież.
Nowi znajomi, nowa praca, nowe życie. 
Dziękuję Ci kochanie za wszystko.

  • RSS